niedziela, 1 listopada 2015

NU'EST - Bóg nie lubi szczęśliwych ludzi.

Minhyun x ty


*oczami Minhyuna* 
Zapatrzyłem się w błękitne niebo i słońce świecące między złotymi liśćmi klonów. Pogoda, mimo zaawansowanej jesieni, wciąż była przepiękna.
Zupełnie jak wtedy...

Zerknąłem na ciebie znad parującego kubka z kawą. Była karmelowa, czyli obrzydliwie słodka, ale mimo to wciąż twierdziłaś, że to twoja ulubiona. Uśmiechnąłem się widząc, jak oblizujesz wargi, na których zostały resztki bitej śmietany.
- Jestem brudna? - spytałaś, zauważając moje spojrzenie. Pokręciłem głową. - To dlaczego tak patrzysz?
- Bo ładnie wygadasz - zmieszałem się nieco. Tego nienawidziłem w sobie najbardziej: że nawet nie potrafiłem powiedzieć ci, jak piękna jesteś, bez tego idiotycznego rumieńca.
Zaśmiałaś się.
- Pójdziemy do parku? - zaproponowałaś, odstawiając kubek na stolik.
Słońce świeciło tak wspaniałe, że grzechem byłoby siedzenie w kawiarni, tym bardziej, że zaczynało robić się tłoczno. Parę minut później szliśmy parkowymi alejkami, podziwiając kolorowe drzewa.
- Goń mnie! - klepnęłaś mnie lekko w ramię i zaczęłaś uciekać po szeleszczącym dywanie z liści. Niewiele myśląc pobiegłem za tobą. W całym parku rozbrzmiewał twój radosny śmiech.
- Mam cię! - wydyszałem, zamykając cię wreszcie w swoich ramionach. Przytuliłaś się do mnie i pomyślałem, że właściwie moglibyśmy tak zostać już na zawsze. Pocałowałem cię w czoło, a czas na chwilkę się zatrzymał, razem ze złotymi liśćmi spadającymi z drzew wokół nas i z gwiazdami, które były gdzieś tam wysoko, chociaż niewidoczne w promieniach słońca. Wszystkie gwiazdy w tym momencie były nasze.
Pół minuty później odsunęłaś się ode mnie nieco, zaplotłaś swoje palce z moimi i pociągnęłaś mnie w stronę ławki. Usiedliśmy obok siebie i położyłaś głowę na moim ramieniu, wciąż trzymając mnie za rękę.
- Boję się, Minhyun - powiedziałaś cicho.
- Czego? - zaniepokoiłem się. Nie powinnaś czuć strachu, nie mogłem na to pozwolić.
- Boję się, że to jest zbyt piękne, że jesteśmy zbyt szczęśliwi. Bóg nie lubi szczęśliwych ludzi, za to zawsze potem trzeba słono płacić - wyjaśniłaś.
Czasami zdarzało ci się wpadać w taki nastrój, kiedy myślałaś czy mówiłaś o rzeczach, którymi na co dzień zajmują się tylko filozofowie. Potem często razem się z tego śmialiśmy, ale czasami zastanawiałem się, czy nie masz więcej racji, niż sama przypuszczałaś.
- To niemożliwe - odpowiedziałem, obejmując cię. - Nie pozwolę, by cokolwiek się stało.
Zamyśliłaś się. Dotknąłem delikatnie twojego policzka, żeby przywrócić cię do rzeczywistości.
- Hej, księżniczko. Nawet bóg nie ma prawa zrobić ci krzywdy, dopóki ja tu jestem - przypomniałem. W tamtej chwili wierzyłem w to całym sercem. - Chodź, zagramy w chowanego - wymyśliłem, właściwie tylko po to, żeby odciągnąć cię od ponurych myśli.
Zareagowałaś na ten pomysł z większym entuzjazmem, niż się spodziewałem. Ustawiłaś mnie przy drzewie i kazałaś policzyć do 20, a sama gdzieś uciekłaś.
Kiedy dotarłem do końca liczenia, odwróciłem się i rozejrzałem dookoła. Zza jednego z drzew wystawał kawałek twojej spódniczki. Uśmiechnąłem się i powoli skierowałem się w twoją stronę. Szedłem na tyle cicho, że mnie nie usłyszałaś i niezauważony zakryłem ci oczy dłońmi.
- Nie sądzisz, że to było troszkę za proste? - roześmiałem się, kiedy spojrzałaś na mnie z wyrzutem.
- W takim razie robimy powtórkę! - zakomenderowałaś. - Tym razem liczysz do 30.
Kiedy upłynął umówiony czas, znowu rozejrzałem się po parku, ale tym razem nigdzie nie było cię widać. Poszedłem w przypadkowym kierunku, zaglądając za każde drzewo. Minuty mijały, a ciebie nie było. Zaczynałem się już martwić, kiedy nagle usłyszałem twój krzyk:
- Minhyun! MIIINHYUUUN!
Pobiegłem w stronę, z której odbiegał twój głos. Nigdy wcześniej nie słyszałem w nim takiego przerażenia. Zauważyłem cię za kępą gestach krzewów. Naprzeciwko ciebie stało trzech podpitych dwudziestokilkolatków, z których jeden trzymał cię pod brodę, unosząc twoją twarz nienaturalnie w górę. Odciągnąłem go za kurtkę i bez zastanowienia wycelowałem pięścią w nos. Mężczyzna zatoczył się do tylu i prawdopodobnie któryś z nich by mi oddał, gdyby nie to, że dookoła zaczęli się gromadzić gapie.
Przyciągnąłem cię do siebie i mocno przytuliłem.
- Nigdy więcej tego nie rób - wymruczałem całując cię w czubek głowy. Skuliłaś się lekko.
Tamtego popołudnia odprowadziłem cię pod same drzwi twojego domu, żeby mieć pewność, że nic ci się nie stanie.

****

Niecały tydzień później zadzwonili do mnie twoi rodzice. W samym "dobry wieczór" twojej mamy usłyszałem więcej łez, niż do tej pory przez całe moje życie. Powiedziała mi, że nie żyjesz. Nie chciałem w to wierzyć. Mogła wmówić mi wszystko, ale nie to.
Nie pamiętam, jak dostałem się do szpitala. Leżałaś tam, ale to nie byłaś ty. Ta drobna dziewczyna o śnieżnobiałej cerze, leżąca w cieniutkiej białej koszuli nocnej na jednym z łóżek w pustym pokoju nie mogła być tobą.
Powiedzieli mi, że potrącił cię samochód, że przeleciałaś kilkanaście metrów w powietrzu i upadłaś na trawnik, dlatego nie było widać żadnych ran. Zmarłaś na miejscu od obrażeń wewnętrznych.
Nie mogłem płakać.
Na początku chciałem znaleźć tego kierowcę, znaleźć go i zabić, odebrać mu życie tak samo jak on odebrał mi ciebie. Ale potem dotarło do mnie, że to nic nie zmieni, że i tak do mnie nie wrócisz.
Pamiętam twój pogrzeb, pamiętam opadające liście, które już nie były złote i morze białych kwiatów, które wcale nie wydawały mi się piękne.
Pamiętam, że długo potem nie potrafiłem śmiać się tak jak kiedyś. Nadal tego nie potrafię.

Wstałem z ławeczki i usiadłem na leżących na ziemi liściach, kładąc rękę na pomniku i wpatrując się w twoje imię wykute w zimnym kamieniu. Uśmiechnąłem się gorzko, czując na twarzy ciepłe promienie słońca.
To prawda. Bóg nie lubi szczęśliwych ludzi.

****
To musiało się tutaj znaleźć 2, kolejne cudo napisane przez Eunsol *serce nad głową*
Wstawia Ravi, czekajcie na kolejne!!
;>

1 komentarz: