-Jak się
bawisz? – ze stanu zamyślenia wyrwał mnie Jego głos. Odruchowo spojrzałam w
Jego stronę a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze. Uwielbiałam go.
-Całkiem
fajnie, szczerze mówiąc to myślałam, że będzie o wiele gorzej – zaśmiałam się
cicho biorąc w rękę szklankę z whiskey, którą dla mnie przyniósł. Sam zaraz
usiadł obok mnie i odpalił papierosa.
-Mówiłem ci, że
moi znajomi nie są tacy źli na jakich wyglądają – zaciągnął się dymem
tytoniowym a ja upiłam łyka mocnego alkoholowego drinka. Miał racje,
zdecydowanie wyglądają…straszniej niż są w rzeczywistości.
-No może tylko
czasami trochę gryzą – dodał a potem oboje się zaśmialiśmy. Głupek.
Jak na prawie
koniec sierpnia, pogoda nocą w Seulu była przepiękna. Wiał przyjemny,
ciepławy wietrzyk, który targał długawe włosy Jiwona. Bezchmurne niebo,
odsłaniało nawet najmniejszą gwiazdę i na dodatek wielki księżyc, który świecił
tak jasno, że oświetlał prawie całą okolicę, w tym Jego przystojną twarz. W tą
piękną noc siedzieliśmy na dachu mieszkania jego najlepszego przyjaciela, w
którym właśnie odbywała się parapetówka. Do naszych uszu oprócz donośnych
śmiechów i głośnej muzyki, dobiegały odgłosy cykania świerszczy. To wszystko
było tak piękne, że aż trudno było w to uwierzyć.
-Nad czym tak
myślisz? – znowu z zamyślenia wyrwał mnie Jego głos. Pokręciłam szybko głową.
-W sumie to nad
niczym ważnym – wzruszyłam na dodatek ramionami.
-No powiedz,
jestem ciekaw – jak zwykle w takiej sytuacji położył głowę na moich kolanach.
Odruchowo wplotłam palce w jego jedwabne czarne włosy. Dzieciak. Mój duży
dzieciak.
-Niedługo znowu
wyjedziesz w trasę, a ja znowu będę długo sama – odpowiedziałam mu jednak
zgodnie z prawdą, na co chłopak tylko się skrzywił.
-Zawsze możesz
jechać ze mną, dobrze wiesz, że zawsze dla ciebie znajdzie się miejsce –
zapewniał mnie zaczynając mruczeć cicho, kiedy zaczęłam masować opuszkami
palców jego skórę głowy.
-Wiem Jiwonnie –
uśmiechnęłam się widząc jego uroczą minę –Ale ktoś musi dokończyć te studia, na
które tyle walczyłam.
-Załatwimy ci
sobowtóra, żebyś mogła jechać ze mną.
Jedyne co
zrobiłam to zaśmiałam się cicho i pstryknęłam go w nos palcem. Głupek.
-Chciałabym
tak. Nawet nie wiesz jak bardzo – westchnęłam cichutko, tak, żeby nie usłyszał.
Podobno bardzo tego nie lubił.
-Będziesz za
mną tęsknić? – zmienił nagle temat
-Jak zawsze
bardzo mocno. Ale na razie cieszmy się tym czasem, który nam pozostał.
-Racja –
pokiwał głową szybko wracając do pozycji siedzącej. Nie minęła sekunda, kiedy
złączył nasze usta w delikatnym i subtelnym pocałunku. Dobrze wiedział, że
takie lubiłam najbardziej.
W zasadzie sama
nie wiedziałam co nas łączyło. Znamy i przyjaźnimy się bardzo długo. Nawet
mieszkamy od pewnego czasu razem, ale nigdy nie oznajmiliśmy nikomu, że
jesteśmy parą.
Chociaż
wszystko wskazywało na to, że łączy nas coś więcej niż tylko zwykła
przyjaźń. Uwielbiałam go całego.
Uwielbiałam wszystko co robił. Uwielbiałam w nim to, że po prostu przy mnie jest.
Przy mnie, a nie przy żadnej innej.
-No dobra
gołąbeczki, koniec tego gruchania tutaj. Będziemy wznosić toasty, więc
natychmiast wracajcie do środka – usłyszeliśmy głos gospodarza dzisiejszej
imprezy i zgodnie z jego prośbą szybko wróciliśmy do mieszkania. Od razu po
wejściu dopadł nas okropny zaduch panujący w pokoju. Zaduch, który mieszał się
z zapachem a nawet smrodem papierosów i alkoholu.
-A na zewnątrz
było tak przyjemnie – poczułam gorące usta Jiwona na swoim uchu, aż mnie po tym
wszystkim przeszły ciarki.
Tak ja
obiecywał nam właściciel oblewanego lokalu i zarazem przyjaciel mojego bruneta – nadszedł czas na toast. Piliśmy za wszystko, nawet za zdrowie mamy Hanbina.
Oczywiście nie odbyło bez toastu za nową trasę koncertową Jiwona. Takie to życie
sławnego muzyka.
Trochę
przerażał mnie fakt, że nie będzie go w domu przez dobre 10 miesięcy…a może i
nawet dłużej. Wariowałam sama w tym ogromnym i pustym mieszkaniu.
-Może
wzniesiemy toast za nas? – z kolejnego już stanu zamyślenia w ten wieczór wyrwał
mnie nikt inny jak Kim Jiwon. Za dużo myślę.
-I za co
jeszcze? – dopytywałam zaciekawiona.
Zdecydowanie
wyższy chłopak przybliżył się do mnie i szepnął mi do ucha. –I za naszą miłość.
Uśmiechnęłam
się i stuknęłam szklanką o jego, zanim upiłam jednak z niej łyka skradłam mu
delikatnego całusa. Jak zwykle po takim czasie smakował jak whiskey,
albo whiskey z papierosami. No tak, zapomniałam. Impreza bez toastu za nas i
naszą miłość to impreza stracona.
I tak mijały
kolejne minuty a potem godziny. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy i
paliliśmy papierosy po kątach. Tą nudną monotonie przerywały tylko co jakiś
czas namiętne pocałunki po kryjomu, bo w sumie nie lubiliśmy jak ktoś na nas
patrzył w tej sytuacji.
W trakcie
wieczoru rozmawiałam również z kilkoma dziewczynami, nie do końca jednak
pamiętałam ich imiona, bo procenty powoli uderzały mi do mózgu…ale jedna na sto
procent nazywała się Seulgi. Była przemiła i od razu znalazłyśmy wspólny język.
W czasie kiedy Bobby pił i śmiał się ze swoimi przyjaciółmi, ja siedziałam i
rozmawiałam z nią, o wszystkim. To w sumie szalone, że po może dwu godzinnej
rozmowie byłam w stanie nazwać ją swoją nową przyjaciółką. Przy okazji
dowiedziałam się, że studiuje na mojej uczelni, tylko ona prawo.
Na zegarku
wybiła godzina trzecia, co oznaczało, że zaczęliśmy zbierać się do domu.
Standardowo. Dokończyliśmy swoje drinki, pożegnaliśmy się z całą ekipą i
wyszliśmy. Do domu ruszyliśmy na własnych nogach jakimś cudem. Złapaliśmy się za ręce i chwiejnym krokiem pokonywaliśmy kolejne ulicy Seulu. Jednak to nie był koniec wieczoru dla nas...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz