wtorek, 30 sierpnia 2016

Somehow, I always end up in your arms. - rozdział 1


-Jak się bawisz? – ze stanu zamyślenia wyrwał mnie Jego głos. Odruchowo spojrzałam w Jego stronę a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze. Uwielbiałam go.
-Całkiem fajnie, szczerze mówiąc to myślałam, że będzie o wiele gorzej – zaśmiałam się cicho biorąc w rękę szklankę z whiskey, którą dla mnie przyniósł. Sam zaraz usiadł obok mnie i odpalił papierosa.
-Mówiłem ci, że moi znajomi nie są tacy źli na jakich wyglądają – zaciągnął się dymem tytoniowym a ja upiłam łyka mocnego alkoholowego drinka. Miał racje, zdecydowanie wyglądają…straszniej niż są w rzeczywistości.
-No może tylko czasami trochę gryzą – dodał a potem oboje się zaśmialiśmy. Głupek.
Jak na prawie koniec sierpnia, pogoda nocą w Seulu była przepiękna. Wiał przyjemny, ciepławy wietrzyk, który targał długawe włosy Jiwona. Bezchmurne niebo, odsłaniało nawet najmniejszą gwiazdę i na dodatek wielki księżyc, który świecił tak jasno, że oświetlał prawie całą okolicę, w tym Jego przystojną twarz. W tą piękną noc siedzieliśmy na dachu mieszkania jego najlepszego przyjaciela, w którym właśnie odbywała się parapetówka. Do naszych uszu oprócz donośnych śmiechów i głośnej muzyki, dobiegały odgłosy cykania świerszczy. To wszystko było tak piękne, że aż trudno było w to uwierzyć.
-Nad czym tak myślisz? – znowu z zamyślenia wyrwał mnie Jego głos. Pokręciłam szybko głową.
-W sumie to nad niczym ważnym – wzruszyłam na dodatek ramionami.
-No powiedz, jestem ciekaw – jak zwykle w takiej sytuacji położył głowę na moich kolanach. Odruchowo wplotłam palce w jego jedwabne czarne włosy. Dzieciak. Mój duży dzieciak.
-Niedługo znowu wyjedziesz w trasę, a ja znowu będę długo sama – odpowiedziałam mu jednak zgodnie z prawdą, na co chłopak tylko się skrzywił.
-Zawsze możesz jechać ze mną, dobrze wiesz, że zawsze dla ciebie znajdzie się miejsce – zapewniał mnie zaczynając mruczeć cicho, kiedy zaczęłam masować opuszkami palców jego skórę głowy.
-Wiem Jiwonnie – uśmiechnęłam się widząc jego uroczą minę –Ale ktoś musi dokończyć te studia, na które tyle walczyłam.
-Załatwimy ci sobowtóra, żebyś mogła jechać ze mną.
Jedyne co zrobiłam to zaśmiałam się cicho i pstryknęłam go w nos palcem. Głupek.
-Chciałabym tak. Nawet nie wiesz jak bardzo – westchnęłam cichutko, tak, żeby nie usłyszał. Podobno bardzo tego nie lubił.
-Będziesz za mną tęsknić? – zmienił nagle temat
-Jak zawsze bardzo mocno. Ale na razie cieszmy się tym czasem, który nam pozostał.
-Racja – pokiwał głową szybko wracając do pozycji siedzącej. Nie minęła sekunda, kiedy złączył nasze usta w delikatnym i subtelnym pocałunku. Dobrze wiedział, że takie lubiłam najbardziej.
W zasadzie sama nie wiedziałam co nas łączyło. Znamy i przyjaźnimy się bardzo długo. Nawet mieszkamy od pewnego czasu razem, ale nigdy nie oznajmiliśmy nikomu, że jesteśmy parą.
Chociaż wszystko wskazywało na to, że łączy nas coś więcej niż tylko zwykła przyjaźń.  Uwielbiałam go całego. Uwielbiałam wszystko co robił. Uwielbiałam w nim to, że po prostu przy mnie jest. Przy mnie, a nie przy żadnej innej.
-No dobra gołąbeczki, koniec tego gruchania tutaj. Będziemy wznosić toasty, więc natychmiast wracajcie do środka – usłyszeliśmy głos gospodarza dzisiejszej imprezy i zgodnie z jego prośbą szybko wróciliśmy do mieszkania. Od razu po wejściu dopadł nas okropny zaduch panujący w pokoju. Zaduch, który mieszał się z zapachem a nawet smrodem papierosów i alkoholu.
-A na zewnątrz było tak przyjemnie – poczułam gorące usta Jiwona na swoim uchu, aż mnie po tym wszystkim przeszły ciarki.
Tak ja obiecywał nam właściciel oblewanego lokalu i zarazem przyjaciel mojego bruneta – nadszedł czas na toast. Piliśmy za wszystko, nawet za zdrowie mamy Hanbina. Oczywiście nie odbyło bez toastu za nową trasę koncertową Jiwona. Takie to życie sławnego muzyka.
Trochę przerażał mnie fakt, że nie będzie go w domu przez dobre 10 miesięcy…a może i nawet dłużej. Wariowałam sama w tym ogromnym i pustym mieszkaniu.
-Może wzniesiemy toast za nas? – z kolejnego już stanu zamyślenia w ten wieczór wyrwał mnie nikt inny jak Kim Jiwon. Za dużo myślę.
-I za co jeszcze? – dopytywałam zaciekawiona.
Zdecydowanie wyższy chłopak przybliżył się do mnie i szepnął mi do ucha.  –I za naszą miłość.
Uśmiechnęłam się i stuknęłam szklanką o jego, zanim upiłam jednak z niej łyka skradłam mu delikatnego całusa. Jak zwykle po takim czasie smakował jak whiskey, albo whiskey z papierosami. No tak, zapomniałam. Impreza bez toastu za nas i naszą miłość to impreza stracona.
I tak mijały kolejne minuty a potem godziny. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy i paliliśmy papierosy po kątach. Tą nudną monotonie przerywały tylko co jakiś czas namiętne pocałunki po kryjomu, bo w sumie nie lubiliśmy jak ktoś na nas patrzył w tej sytuacji.
W trakcie wieczoru rozmawiałam również z kilkoma dziewczynami, nie do końca jednak pamiętałam ich imiona, bo procenty powoli uderzały mi do mózgu…ale jedna na sto procent nazywała się Seulgi. Była przemiła i od razu znalazłyśmy wspólny język. W czasie kiedy Bobby pił i śmiał się ze swoimi przyjaciółmi, ja siedziałam i rozmawiałam z nią, o wszystkim. To w sumie szalone, że po może dwu godzinnej rozmowie byłam w stanie nazwać ją swoją nową przyjaciółką. Przy okazji dowiedziałam się, że studiuje na mojej uczelni, tylko ona prawo.
Na zegarku wybiła godzina trzecia, co oznaczało, że zaczęliśmy zbierać się do domu. Standardowo. Dokończyliśmy swoje drinki, pożegnaliśmy się z całą ekipą i wyszliśmy. Do domu ruszyliśmy na własnych nogach jakimś cudem. Złapaliśmy się za ręce i chwiejnym krokiem pokonywaliśmy kolejne ulicy Seulu. Jednak to nie był koniec wieczoru dla nas...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz